Ogłoś mi – w moim języku

Zawsze uwielbiałam Dzieje Apostolskie. Były w nich fragmenty, których nie rozumiałam i które mnie niepokoiły, ale większość tej historii była i chyba nadal jest czymś, co porusza bardzo moje serce.

Taki dworzanin etiopski z Dz 8 (eunuch, który nie mógłby zostać Żydem? To powinnam sprawdzić). Jedzie sobie i czyta Księgę Izajasza. Widzicie to? Ja widzę i już moje serce płonie, jak to musiało pięknie wyglądać. I Bóg mówi do Filipa:

«Wstań i idź około południa na drogę, która prowadzi z Jerozolimy do Gazy: jest ona pusta» – powiedział anioł Pański do Filipa. A on poszedł. Właśnie wtedy przybył do Jerozolimy oddać pokłon Bogu Etiop, dworski urzędnik królowej etiopskiej, Kandaki, zarządzający całym jej skarbcem, i wracał, czytając w swoim wozie proroka Izajasza.  «Podejdź i przyłącz się do tego wozu!» – powiedział Duch do Filipa. Gdy Filip podbiegł, usłyszał, że tamten czyta proroka Izajasza: «Czy rozumiesz, co czytasz?» – zapytał. A tamten odpowiedział: «Jakżeż mogę [rozumieć], jeśli mi nikt nie wyjaśni?» I zaprosił Filipa, aby wsiadł i spoczął przy nim.

Bóg mówi: “idź”, a Filip biegnie. I zadaje cudowne pytanie: “Czy rozumiesz, co czytasz?”. Czy Bóg powie komuś: “idź do Agnieszki” i czy ktoś posłucha? Czy ktoś mi wyjaśni? Nie, nie przekona, ale wyjaśni.

Czy ktoś ogłosi mi wielkie dzieła Boże w moim języku? (por. Dz 2, 11)

Tak, w tym języku, który przemawia do mojego serca. Niestety, nie mogę oferować Google tłumacza. Ktoś musiałby mnie najpierw usłyszeć i ten język znać.

Apostołom po Zesłaniu Ducha się to udało w stosunku do tylu ludzi dzięki nadprzyrodzonej interwencji (tak to rozumiem)…

Przecież wiara rodzi się z tego, co się słyszy (Rz 10,17).

Uświadamiam sobie, od jak dawna moja wiara to składanka bynajmniej nie ze słyszenia. Raczej z szukania i pilnowania siebie, żeby się nie poddać. Jasne, słyszałam Ewangelię, ba, widziałam świadków i myślę, że widziałam wielkie dzieła miłości. Tylko coś z tym językiem, głoszeniem, opisem nie tak.

Od dawna nie dowierzam, że wiara rodzi się ze słuchania, bo mnie kojarzy się z ciężką pracą własną.

Może o to powinnam się teraz starać? Żeby się znalazł dla mnie jakiś Filip, jakiś apostoł, ktoś, od kogo usłyszę o Jezusie tak, że trafi to do mojego serca i zrozumiem?

Tylko czy dworzanin szukał? O czym mówi mi ta opowieść? Czy to jest w rękach Boga, jeśli faktycznie taki jest, jak pisze w Dziejach, i człowieka, któremu On powie “idź”?

Ogłoś mi – w moim języku

Reakcja, racja, relacja

Nie mam zbyt dobrej pamięci do twarzy. Może daleko mi do bohatera komedii „Vinci” roboczo nazywanego Beckenbauer, który nie poznawał nikogo, nawet własnych dzieci, ale jednak… gdy widzę kogoś, najpierw świta mi, że go znam, potem, a może jednocześnie – czuję, co do niego/niej czuję: radość, niepokój, brak sympatii…, a potem (czasem szybciej, czasem wolniej, czasem wcale) potrafię dopiero powiedzieć, jak się nazywa, gdzie mieszka, skąd się znamy. Jest to zapewne łatwe do wyjaśnienia: z perspektywy przetrwania ważniejsze wydaje się rozpoznanie, czy ktoś/coś nam zagraża, jest wrogiem czy przyjacielem, niż to, kto zacz… Sądzę, że konsekwencje tego uwarunkowania są na tyle daleko idące, że warto poświęcić im trochę więcej uwagi.

W tak zwanym realu bywa zwykle, jak napisałam, choć pewnie u większości ludzi różnica w czasie między zauważeniem a skojarzeniem, kto idzie, jest mniejsza niż u mnie i dlatego trudniej to zaobserwować. Niemniej jednak: to naprawdę ważne, wiedzieć, czy na widok drugiego lepiej się skryć, wyciągnąć maczugę, czy radośnie potrząsnąć dłoń na dzień dobry. Czy możemy jednak na tym poziomie pozostać? Czy czasem najlepszą reakcją nie jest odrobina ryzyka, uśmiech do niekoniecznie najukochańszego kolegi z pracy albo „dzień dobry” do sąsiada, który od lat zdaje się naszego powitania nie słyszeć, więc już odpuściliśmy?

A co poza realem? Tu jest moim zdaniem jeszcze trudniej. Pierwsza reakcja bardzo szybko wiąże się nie tyle z relacją (w jakich jesteśmy stosunkach), ale z całą falą myśli i wspomnień o tym, co on/ona napisał(a)… Jasne, zwykle patrzymy znów przez jakieś emocjonalne okulary, jednak reakcja nie jest obowiązkowa, nie muszę (nie, naprawdę nie muszę) odnieść się do wszystkiego, co inni publikują, zatem… Mam więcej czasu na rozkminy… Także na temat racji.

Jestem przekonana, że każda nasza reakcja na drugą osobę wiąże się i z relacją, i z racją… Co jest ważniejsze? Osoby związane z Porozumieniem bez Przemocy mówią często, że musimy wybrać, czego naprawdę chcemy: „Chcesz mieć rację czy relację?”. Czy się z tym zgadzam?

W pierwszym odruchu nie. Jestem przekonana, że relacja wiąże się z racjami.

W drugim jednak… gotowa jestem się zgodzić, bowiem… Doświadczam tego, gdy widzę, jak bardzo zależy mi na bliskości z kimś… Wtedy słyszę, co mówi, widzę, co pisze, owszem, reaguję (przynajmniej wewnętrznie: radosnym bądź nerwowym poruszeniem), ale zależnie od tego, jaką relację chcę mieć z tą osobą, potrafię modelować moją reakcję na zewnątrz (to nic wielkiego, większość z nas to robi i pewnie często ociera się to o konformizm i nieszczerość)…, ale także – i to najważniejsze – mogę zweryfikować swoje reakcje na słowa, obrazy, gesty i poszukać czegoś, kogoś głębiej. Porozumienie bez Przemocy daje po temu narzędzia: uniwersalne ludzkie uczucia i potrzeby, które możemy odkryć pod każdym zachowaniem, a także język – tu już trudniej, bo tzw. język żyrafy (ujmujący rzeczywistość w kategoriach obserwacji, uczuć, potrzeb i próśb, a nie ocen i żądań), jak każdy inny język, wymaga wprawy i mówcy, i słuchacza, a dla niewielu z nas jest językiem ojczystym…

Często język żyrafy denerwuje nie tylko ze względu na swą nowość czy sztuczność, ale ze względu na to, że jest reakcją czysto zewnętrzną osoby, która już wie, że lepiej nie oceniać i że relacja jest ważna, ale jeszcze w sercu nie potrafi tego robić…

Ja ciągle się uczę… I prostuje mi to nierozwiązywalne wcześniej dylematy wokół dialogu międzyreligijnego czy ekumenicznego: to w końcu wierzymy, że mamy rację czy nie? Relacja bowiem zawsze, prędzej czy później, ale zawsze, prowadzi także i dyskurs o racjach na zupełnie nowe tory i kształtuje to, co najważniejsze: naszą zdolność kochania. A prawda w miłości jest o wiele skuteczniejsza niż abstrakcyjna racja…

Reakcja, racja, relacja

Prawda o drugim, prawda o mnie

Odkąd pamiętam, jedną z rzeczy, o które zmagam się najbardziej, jest prawda o mnie samej. Najpierw, w przedszkolu, walczyłam z dziećmi, które przekręcały moje niepolskie nazwisko. Potem na różnych frontach, ale zawsze kluczowo ważne było dla mnie, aby nikt nie myślał o mnie czegoś nieprawdziwego. Choć, gdy dłużej nad tym pomyślę, sądzę, że pewnych prawd o sobie wolałabym nie ujawniać.

Przy okazji przychodziły, odchodziły i powracały kryzysy tożsamości. Kiedyś moim ulubionym wierszem był „Kto ja” Tadeusza Gajcego… Gdy nadszedł Facebook, przyszedł nieustający kryzys pt. „Jak się pokazać, żeby mnie lubili”… No może ustający, ale jednak czasem doskwierający…

Najbardziej nie lubię, gdy jakaś (nie)prawda o mnie dotyczy tego, jakie są moje relacje z bliźnimi, jakie miejsce w świecie… Stąd też i kryzysy tożsamości grupowej – czy chcę się utożsamiać z daną grupą, wspólnotą, na ile chcę przynależeć, a na ile zachować odrębność…

Wszystko to wraca dziś do mnie i jakoś rezonuje z pytaniami Jezusa z czytanej dziś w Kościele rzymsko-katolickim Ewangelii: Łk 9,18-24 o tym, za kogo uważają go inni ludzie i za kogo uczniowie… Piotr wyznaje wiarę w Jezusa jako Mesjasza, a Jezus zobowiązuje Go do sekretu. Jednocześnie wyjaśnia, kim jako Mesjasz jest, a kim nie jest. Będzie to zresztą robił całym swoim życiem, a najbardziej śmiercią i zmartwychwstaniem. A my nadal nie rozumiemy.

Nie, nie poznamy tu na ziemi całej prawdy o drugim, chyba że Ojciec Niebieski miałby nam to objawić… ale i to objawienie przyjmiemy na tyle, na ile jesteśmy zdolni, na sposób przyjmującego… Ba, co do prawdy o sobie także mam wątpliwości. Jestem bowiem bosko-ludzką tajemnicą…

Może więc wreszcie odpuścić sobie tę walkę? Robić swoje i z wdzięcznością przyjmować miłość tych, którzy nas kochają, a z cierpliwością nie-miłość pozostałych?

Prawda o drugim, prawda o mnie

Zaskoczona o świcie

Boję się powiązań polityki i teologii, choć teologia, jaką chcę uprawiać, nie ucieka od świata i jego spraw. Dlatego dzień po wyborach pozwalam sobie na wpis odrobinę polityczny.

Wczoraj wieczorem, zapoznawszy się z sondażowymi wynikami wyborów prezydenckich, napisałam na Facebooku, kierując wpis do swoich Znajomych:

“Jedni wiwatują, inni rozpaczają. Ale nie ma dwóch Polsk. Jest za to wiele Polek i Polaków, ze swoimi emocjami, marzeniami, potrzebami. To nie jest mój wybór, ale jest we mnie pokój. Nie wierzę w nowe otwarcia, totalne dramaty, całkowite przewroty. Wynik wyborów nie zmienia niczego w żadnym z nas. Chcemy dobra? Musimy być dobrzy. Chcemy prawdy? Musimy być prawdomówni. Chcemy szacunku i pokoju? To szanujmy się nawzajem i zaprowadzajmy pokój. Niezależnie od tego, czy głosowaliśmy i na kogo”.

Nie spodziewałam się, że będzie polubiany tak powszechnie – przez osoby, które głosowały, i które nie głosowały, przez zwolenników różnych partii, kobiety, mężczyzn (moje wpisy najczęściej lubią kobiety), osoby różnych wyznań i niereligijne. Zostałam poproszona, by nadać wpisowi publiczny status, aby można go było udostępniać. Widzę, że udostępniło go już kilkadziesiąt osób, w tym wiele, których nie znam.

Jestem zaskoczona, czytając, że to “jedyny sensowny wpis o wyborach” itp. Pisząc, nie sądziłam, że wypowiadam coś niezwykłego, po prostu dzieliłam się tym, co myślę i czuję – bo lubię się dzielić.

Jeśli taki zwykły wpis może przemawiać do wielu osób i łączyć ludzi z naprawdę różnych środowisk, myślę, że naprawdę warto rozmawiać. Kiedy piszę te słowa, wiem, że hasło “warto rozmawiać” wielu kojarzy się źle, ale chcę mu przywrócić znaczenie.

Ktoś napisał, że powinnam się zaangażować w politykę. Nie, tego byście nie chcieli:) Wiem, że moje poglądy bywają niszowe, wizja polityki także. Nie chcę angażować się w politykę, ale od jakiegoś czasu bardzo chcę dzielić się tym, co myślę i w co wierzę – stąd także ten blog.

Jeśli Ty także chcesz, albo przynajmniej interesuje Cię, co ma do powiedzenia pewna zwykła teolożka, która nagle zabłysła na facebooku, zapraszam. To, co napisałąm, i to, co pisuję na co dzień, wynika z wielu doświadczeń i przemyśleń, które mnie kształtowały i kształtują. To, jak wierzę, i jak myślę o świecie, człowieku, sobie i Bogu nie jest do pominięcia – i o tym próbuję od niedawna pisywać na tym blogu.

Bardzo możliwe, że napiszę tu nieraz coś, z czym się nie zgodzisz. Jedno jednak mogę obiecać: że zawsze będę się starała wysłuchać i zrozumieć to, co mi napiszesz, i odnieść się z szacunkiem.

Tyle o polityce. W najbliższym czasie będzie o uczuciach, potrzebach i czemu warto by o nich mówić także w teologii.

Zaskoczona o świcie

“Co teologia feministyczna może powiedzieć o Jezusie?”

Tak zapamiętałam jedno z pytań, które padło wczoraj w dyskusji wokół książki Zuzanny Radzik “Kościół kobiet”. Nie mam stenogramu, może pytanie było sformułowane nieco inaczej… – w każdym razie poruszyło we mnie bardzo wiele strun. Mam wrażenie, że Zuzanna nie odpowiedziała na nie wyczerpująco (poruszonych kwestii było więcej, ale mnie dziś obchodzi najbardziej ta), pozwolę sobie więc napisać, jak ja bym odpowiedziała. A także co z tego wynika dla teologii i Kościoła w ogóle.

Postawione pytanie to jedno z najlepszych pytań, jakie można zadać – względem każdej teologii: “co mówi o Jezusie i czy może pogłębić więź z Jezusem (zarówno więź uprawiającego tę teologię, jak i jego słuchaczy/czytelników)?”  Kiedy pytamy o teologię feministyczną, robi się naprawdę ciekawie, bo na pierwszy rzut oka o Jezusie nie może ona powiedzieć zbyt wiele, poza “Jezus nie był kobietą”.

A jednak… Właśnie postać, Osoba, Jezusa Chrystusa stanowi dla teologii “miejsce”, w którym spotyka się to, co jednostkowe (konkretna historyczna postać Jezusa z Nazaretu, mężczyzny, Żyda, syna Maryi) i to, co absolutnie uniwersalne. Stąd też teologia chrześcijańska zawsze może wychodzić od tego, co konkretne i ludzkie, jak i od tego abstrahować i szukać tego, co ponad jednostkowe doświadczenie wykracza. Podział na teologię “oddolną” i “odgórną” bywa czasem nadużywany, jednak warto pamiętać, że punkty wyjścia mogą być różne.

A jaki jest punkt dojścia? Czy teologia jest faktycznie jedynie “nauką o Bogu”, jak mówi najprostsza definicja? Gdyby tak było, naprawdę kiepsko dla nas. Nie byłaby bowiem nijak nauką o nas ani dla nas. Co bowiem możemy o Nim powiedzieć, czego zaraz (albo nawet pierwej?) nie moglibyśmy zaprzeczyć? A jednak mówimy, bo On przemówił do nas.

Teologia działa w języku, ludzkim języku, bo innego nie znamy. Działa w czasie i przestrzeni, działa w życiu konkretnych słuchaczy i rozmówców Słowa. Nie tylko Syn Boży wcielił się w konkretnym momencie historii, ale też Bóg objawił się w życiu konkretnego ludu i stworzył ten lud, do którego pamięci się odwołujemy. Teologia, która zapomina o tym, że jest opowieścią o działaniu Boga w życiu ludzi – z Bogoczłowiekiem Jezusem Chrystusem w centrum, nie jest teologią, tylko szaradą.

Co to ma do feminizmu i Jezusa? Bardzo głęboko tkwi we mnie przekonanie, zakorzenione w biblijnym przekazie o Bogu Stwórcy każdego człowieka i Słowie, które zjednoczyło się z każdym człowiekiem, że każda ludzka historia, każde wydarzenie w dziejach ludzkości jest opowieścią o relacji Boga i człowieka. Nie o Bogu samym w sobie, ale o naszej relacji. Tomasz z Akwinu pisał, że “podmiotem” (aby uniknąć przedmiotowego mówienia o Bogu) teologii jest Bóg i cała rzeczywistość w odniesieniu do Niego – co pozwalało na zniesienie sztywnego podziału na “teologię” i “ekonomię zbawienia”. Historia dwudziestowiecznej teologii jest wyraźnie naznaczona kontrowersją wokół tego, na ile doświadczenie (jednostkowe, wspólnotowe…) może być miejscem teologicznego poznania, na ile możemy dowiedzieć się czegoś (nowego?) albo odkryć coś (wcześniej mniej wyraźnie widoczne w Objawieniu) dzięki badaniu ludzkich doświadczeń. Sprzeciw względem uwzględnienia doświadczenia w teologii miał na celu obronę depozytu Objawienia i wyjątkowości Chrystusa, w którym znajduje się cała Pełnia. Jednak całkowite odrzucenie doświadczenia prowadziłoby do… uprawiania teologii jako nauki o języku martwym – może nawet najpiękniejszym i ciekawym, ale bez jakiejkolwiek wartości zbawczej, a także negowałoby obecność Parakleta – Ducha Świętego, który przychodzi nas pouczać po Wniebowstąpieniu naszego Pana.

Teologia feministyczna z pewnością wynika z doświadczenia, doświadczenia miliardów kobiet, miliardów relacji między kobietami, kobietami a mężczyznami, kobietami, mężczyznami i Bogiem. Jak każda teologia opatrzona przymiotnikiem stanowi urywek rzeczywistości. Jestem jednak pewna, że negowanie urywka w imię całości owocuje bardzo wąską koncepcją całości rzeczywistości. O wielu rzeczach nie śniło się teologom – ale to, że o czymś sami/same nie śnimy, nie oznacza, że to nie istnieje. Chcę usłyszeć o cudzych snach.

Rozumiem, że mogą być tacy, których cudze doświadczenia nie interesują. To obca mi postawa, ale przyjmuję, że można tak żyć. Chciałabym jednak, by w Kościele była przestrzeń słuchania, by przynajmniej teolodzy byli słuchaczami Słowa – nie tylko Słowa spisanego, ale też wcielonego i zjednoczonego z każdym człowiekiem.

Jestem wdzięczna wszystkim, którzy przybliżają mi, w moim miejscu i czasie, doświadczenia innych chrześcijan, innych ludzi. W książce Zuzanny Radzik, od której wyszłam, bardzo cenne jest dla mnie, że więcej pokazuje, niż ocenia (choć nie sili się też na udawany obiektywizm czy brak sympatii). Jako teolożka bardzo chcę wiedzieć, co o Kościele, o Bogu, o sobie zrozumieli inni. Bardzo możliwe, że się czegoś nauczę. Bardzo możliwe, że się nie zgodzę. Możliwe, że się spotkamy, a w dialogu w Jego imię On naprawdę będzie obecny. I wówczas także teologia feministyczna opowie mi o Jezusie. Jeśli będzie dobrą teologią, nie tylko opowie, ale także pomoże mi pogłębić więź z Nim.

“Co teologia feministyczna może powiedzieć o Jezusie?”